Orange | Servamp | Handa-kun, czyli serie ostatnio oglądane



  Porzuciłam ostatnio wszystkie obowiązki na rzecz oglądania wszelakich serii anime. Yup, po pracy, tudzież w dzień wolny, kładę się z laptopem i fanatycznie podążam za losami bohaterów pojedynczych tytułów. Głównie z tego powodu jestem teraz offline praktycznie dla każdego i, muszę przyznać, w ogóle nie jest mi źle z faktem dobrowolnego odcinania się od ludzi, no, ale ja tu nie o tym! Tak się składa, że jestem świeżo po obejrzeniu wyżej wymienionych produkcji i postanowiłam napisać o nich kilka słów, a co! To mój pierwszy raz, kiedy gdziekolwiek wyrażam swoje zdanie na temat anime. Nigdy nie pisałam ani recenzji, ani rekomendacji, więc bardzo proszę o odrobinę wyrozumiałości, gdyż całość może nie być zbyt spójna. Traktujcie więc treść jako luźną opinię XD"

Fanów mangi i anime zapraszam do czytania. jednakże pragnę uprzedzić o dużej ilości tekstu. Przygotuj się, usiądź wygodnie w fotelu, załóż okulary i oddaj się czytaniu :)



ORANGE

Opis:  Historia opowiada losy pięciorga przyjaciół, którzy po dziesięciu latach od ukończenia liceum, postanawiają wysłać do siebie samych listy zawierające porady mające na celu uchronić ich przyjaciela, Kakeru, przed śmiercią. Akcja cofa się więc do czasów licealnych, w których to nasi bohaterowie otrzymują dziwne wiadomości.  Co z nimi zrobią? Czy uda im się zapobiec tragedii, a może losu nam pisanego nie da się już zmienić?

Serię tę skończyłam zaledwie parę chwil temu i sama nie wiem, czy jestem smutna czy wesoła. Nie chcę nikomu spoilerować jakie konkretne wydarzenia miały miejsce, ale z czystym sumieniem mogę polecić ten tytuł. Jest to typowe shoujo, przedstawiające romans z dramatem w tle. Osobiście bardzo gustuję w tego typu tematyce, przeważnie jest lekka i w pewien sposób odprężająca (o ile dramat można zaliczyć do odprężających xD), tak też było i tym razem. Postacie są nieźle napisane, choć nie są zbyt rozbudowane, co jest ich minusem. Cała seria kręci się na relacjach głównych bohaterów (Naho Takamiyi i Kakeru Naruse), próbie uratowania Kakeru oraz paru innych rzeczach, takich jak szkolne życie czy problemy nastolatków.  Całość jednak nie zaskakuje niczym wybitnym. Momentami miałam wrażenie, jakbym gdzieś to już widziała, ale biorąc pod uwagę ilość wypuszczonych serii anime na rynek, trudno tak naprawdę o oryginalność. Nie zmienia to faktu, iż seans nadal był przyjemny, aczkolwiek pozostawił po sobie pewną gorycz. Nie wiem jak inaczej to określić, ale dobrze opisuje to cytat zawarty w ekranizacji: „Pomarańczowy sok miał słodko-gorzki, smutny i bolesny smak.” I tak się właśnie czuję.

Kreska jest przyjemna dla oka, jednakże momentami zauważyć można było małe mankamenty jak niedopracowana mimika twarzy naszych bohaterów tudzież dysproporcja (chociaż i tak jest lepiej niż w Clannad). Twórcy jednak zapewnili nam piękne widoki i tła, którymi możemy się nacieszyć. Same postacie wyglądają bardzo zwyczajnie i prosto, ale to jest  coś, co osobiście bardzo lubię i doceniam (oczywiście, czasami zdarzają się wyjątki).



Jeżeli o OST chodzi, to wydaje mi się całkiem średni. Opening jest przyzwoity, ale nic poza tym. Zgrabny, delikatny, w żaden sposób nie narzucający się, oddający widzowi letni klimat.  Natomiast ending... Bardzo dobry. Już na początku, kiedy tylko pojawiły się teasery tej serii z wykorzystaniem tejże piosenki (mirai - KOBUKURO ) wiedziałam, że będzie to coś, co z pewnością mi się spodoba. Miałam jakieś takie dobre przeczucia, które (na szczęście!) się sprawdziły. Co tu dużo mówić, posłuchajcie sami :)

Ocena7/10.

 Jak już wcześniej było wspomniane, historia sama w sobie nie jest skomplikowana. Nie miejcie więc wysokich wymagań, bo możecie się zawieźć. Pozycja ta jest dobrą odskocznią na rozładowanie napięcia po całym dniu (choć niektórzy woleliby jakieś krwawe sieczki tudzież... hentaie? XD ale co kto woli!), gdy chcecie obejrzeć coś lekkiego i nie zbyt wymagającego. Czy potrzebne będą Wam chusteczki? Nie sądzę, aczkolwiek znalazło się parę momentów, kiedy i mi zdarzyło się uronić kilka łez i w jakiś sposób się wzruszyć. Jednak to nie było nic wielkiego, a znając moje miękkie serce i fakt, że na wszystkim ryczę jak bóbr, uważam za sukces że nie rozpłakałam się jak dziecko xD" Na rynku znaleźć możecie sporo tytułów o podobnym klimacie, więc jeżeli obejrzeliście już wiele, to nie znajdziecie tu nić nowego i dla Was ciekawego tudzież odkrywczego. Niemniej jednak warto poświęcić Orange parę chwil :)


HANDA-KUN


OPIS: Tytułowego Handę znać można z takiej serii jak Barakamon, ale ale! Tutaj przedstawione mamy wydarzenia, kiedy nasz głowny bohater uczęszczał do liceum i musiał borykać się z popularnością... O której nawet nie miał pojęcia. Tak, moi drodzy. Nasz przyszły kaligraf zupełnie nie zdaje sobie sprawy z tego, co się wokół niego dzieję. Wie natomiast jedno, że nikt go nie lubi i wszyscy chcą zrobić mu na złość (co oczywiście wcale nie jest prawdą). Z racji wielu niedomówień i nadinterpretacji pewnych zachowań, zostały nam ukazane w sposób humorystyczny i prześmiewczy losy Handy jak i jego wyznawców.

Jestem ogromną fanką wspomnianego już wcześniej Barakamon, który całkowicie skradł moje serce, stąd też cały mój entuzjazm, gdy tylko pojawiła się informacja o prequelu. Nie jestem pewna, czy w ten sam sposób został oddany klimat z sequela. Teraz jak tak nad tym myślę, to raczej nie. Ale może to wina scenerii i miejsca, w którym nasz bohater się znajduje. Należy pamiętać o tym, że jest ukazany jako nastolatek, nie osoba dorosła i boryka się z takimi, a nie innymi problemami. Co nie zmienia faktu, że nadal ogląda się go bardzo miło. Uśmiech nie schodził mi z ust, choć niektóre gagi nie za bardzo przypadły mi do gustu. Jeżeli o postacie chodzi, to mamy tu typowego narcyza i lovelasa w jednym, 
Nikaidou Reiktóry próbuje rozkochać w sobie wszystkie uczennice; kujona posiadającego niesamowitą wiedzę w niemalże każdej dziedzinie, Aizawa Junichi; osiłka o miękkim sercu, który kiedyś był... (a, tu nie zaspoileruję, zostawię to dla Was jako smaczek!), zwykłego, niewyróżniającego się z tłumu szarego człowieczka, Kondou Yukio; oraz tytułowego bossa całej szkoły, Handę.





Grafika jest przyjemna, aczkolwiek nie dostaniesz  spazmów na widok pięknych krajobrazów czy teł (tak to się w ogóle odmienia? :P), gdyż takowych nie ma. Są proste i nieskomplikowane, bez zbędnych szczegółów, ale jakoś wcale mi to nie przeszkadza. Całość skupia się na gagach, które są świetnie przerysowane, dokładnie w klimacie, jaki lubię, czyli żadnych śmieszków na siłę. Przechodząc do muzyki, zarówno opening jak i ending nie przypadł mi do gustu. choć świetnie oddają klimat całości. Cóż, nie można mieć wszystkiego!


Ocena: 7/10
Yup, pomimo mego całego uwielbienia dla Barakamon, całość oceniam jedynie jako dobrą. To kolejna komedia przedstawiające perypetię uczniów i tak naprawdę nic poza tym. Jeżeli chcesz sobie poprawić humor i obejrzeć coś równie lekkiego, dołącz do Sił Handy!


SERVAMP
 

OPIS: Shirota Mahiru to zwykły, niczym nie wyróżniający się, piętnastoletni uczeń. I nic dziwnego nie wydarzyłoby się w jego życiu, gdyby pewnego dnia nie przygarnął biednego, małego, czarnego kotka o imieniu Kuro, który okazał się być... Wampirem. I to nie zwykłym, bo krwiopijcą na usługi, tzw. servampem. Niestety, dzięki nowej przyjaźni zostaje wciągnięty w konflikt, z którego może nie wyjść całkiem żywy.


Tytuł ten wzbudził we mnie na początku mieszane uczucia. Przy oglądaniu pierwszego episodu nie mogłam znaleźć nic, co sprawiłoby, abym chciała kontynuować, jednak stwierdziłam, że nie będę skreślać tej pozycji tak od razu. I miałam rację. Historia rozpoczyna się od śmierci matki głównego bohatera, który został osierocony w bardzo młodym wieku. Przygarnięty zostaje przez swego wspaniałego wujka, którego nigdy nie poznamy, choć czasem pojawia się w paru retrospekcjach. Wszystkie doświadczenia w życiu Mahiru sprawiły, że wyrobił sobie swój pogląd na świat i kurczowo trzyma się swoich zasad, otóż jak często powtarza, nie lubi kłopotliwych sytuacji, a sam kocha prostotę. Chcąc pozbyć się wyrzutów sumienia, przygarnia do siebie małego kota, którego nazywa Kuro. Niestety, po powrocie ze szkoły (tudzież sklepu, nie pamiętam już dokładnie) zastaje w domu obcą postać, którą okazuje się być wampir, niejaki Sleepy Ash. Jest on totalnym przeciwieństwiem Shiroty. Każda wykonywana przez niego czynność jest kłopotliwa i uciążliwa, chyba że mowa o leżeniu tudzież graniu w gry. 

Ogólnie akcja toczy się powoli. Poznajemy naszych bohaterów, oglądamy ich nawiązujące i pogłębiające się relacje. Do drużyny dołączają kolejni umarli i ich panowie, aby zmierzyć się ze wspólnym wrogiem. Losy niektórych postaci zostają bardziej lub mniej przytoczone, jednakże parę osób zostało w tym temacie całkowicie pominiętych, a szkoda, bo fajnie byłoby się czegoś dowiedzieć. Nie wiem jak jest w mandze, gdyż jej nie czytałam, ale być może ciężko było im się wyrobić jedynie w 12 odcinkach. 




Najbardziej z całej serii podoba mi się moment z endingu, gdy Mahiru śpiewa, a Kuro, patrząc pierw na niego a później na nas, ma wyraz twarzy, jakby miał już dosyć. I jak zazwyczaj nie oglądam przy kolejnych odcinkach openingów czy endingów, tak tutaj zawsze zatrzymywałam się, aby móc zerknąć na tą fantastyczną scenę. Nadal nie wiem czemu mnie tak bawi! Dla mnie mogłoby istnieć pierwsze 8 sekund i czułabym się spełniona.


Ocena7/10



A Wy, oglądaliście któreś z tych tytułów? Jeśli tak, to jakie są Wasze przemyślenia i odczucia? Chętnie dowiem się co macie do napisania w tym temacie. Do zobaczenia  (raczej długo poczekacie na kolejny post :P) i cześć!  (◍•ᴗ•◍)

Ichi

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Instagram